Janusz Wróbel
O każdej porze staraj się stanowczo, (…) żeby to, co masz na podorędziu, robić z dokładnością, z wyzbytą sztuczności powagą, z wyrozumiałą miłością, z poczuciem wolności i sprawiedliwością. Staraj się również zyskać wytchnienie od wszystkich innych myśli. A zyskasz je, gdy każdą czynność będziesz wykonywał jak ostatnią w życiu, bez żadnej przypadkowości działania (…). /Marek Aureliusz, Rozmyślania, tłum. K. Łapiński/
„Liczy się moment” śpiewała Stanisława Celińska w swej pięknej i mądrej piosence. Spróbujmy rozwinąć posłanie, które pozostawiła nam zmarła niedawno artystka.
Jest maj, tymczasem my zamawiamy bilety na podróż i rezerwujemy pokój na październik tego roku. Nie wykupujemy ubezpieczenia na wypadek nieprzewidywanych okoliczności, bowiem wierzymy, że akurat wtedy nie zachorujemy, po co więc wydawać dodatkowe pieniądze. Nie przychodzi nam raczej do głowy, że w jesieni może wybuchnąć wojna, że nasze miejsce przeznaczenia zmiecie trzęsienie ziemi, tornado lub tajfun lub że, zachowaj Boże, nie będzie nas wtedy już wśród żywych.
Robimy plany, musimy je robić, by kształtować przyszłość na naszą miarę, by widzieć przed sobą drogę, którą obraliśmy, po której kroczymy, i która doprowadzi nas do pożądanych celów, bo mamy marzenia, wizje i pasje, będące naszym azymutem. Jednakże często, będąc w drodze, pochłonięci tym, co zobaczymy za zakrętem, nie rejestrujemy tego, co wokół nas. Tymczasem za moment to, co nas właśnie teraz otacza, pozostanie za nami i bezpowrotnie umknie. Owszem, możemy zawrócić, ale czas już zrobi swoje: zapach będzie już nie ten, przemieni się układ chmur na niebie, a światło słońca odbijać się będzie w kałuży inaczej.
Nie możemy podarować sobie niefortunnego wyboru. Raz po raz wracamy do okoliczności, w których go dokonaliśmy, wyobrażając sobie, co by się stało, gdyby do niego nie doszło. Wracamy do wspaniałych przeżyć, by dodać kolorytu codzienności, która niczym nas nie zaskakuje, nie podnosi już adrenaliny, nie dodaje życiu smaku. A teraźniejszość, od której uciekamy, upływa ledwo co zauważona i niestety, już nie do odtworzenia. Owszem, to, co nas spotkało, może dodać skrzydeł, tylko że one także przysłaniają to, co pod nimi i nad nimi właśnie ma miejsce.
Tak oto, zarówno przyszłość, jak i przeszłość, często goszczą w bieżących chwilach, w mniejszym lub większym stopniu zaburzając lub wręcz uniemożliwiając naszą możliwość skupienia się na tym, co obecnie się wydarza. Tymczasem to, co dzieje się TU i TERAZ, jest jedyną daną nam rzeczywistością – reszta jest albo historią, albo niezrealizowanym jeszcze zamierzeniem. Pełne skupienie się na chwili obecnej, tzw. uważność, nie tylko pozwala na pełne doświadczenie fenomenu istnienia z jego wszystkimi fizycznymi i duchowymi aspektami, ale może skutecznie chronić nas przed plagą obaw przed tym, co przed nami lub żali związanych z tym, co za nami.
Innym mechanizmem, który skutecznie wykoleja zamiar wyłącznej koncentracji na wykonywanej w danej chwili czynności, jest tzw. podzielność uwagi, sprowadzająca się do robienia kilku rzeczy naraz. Niech za przykład posłuży nam jedzenie. Możemy spożywać posiłek, siedząc przed telewizorem lub czytając gazetę, czasami nawet nie w pełni zdając sobie sprawę z tego, co mamy na talerzu. Możemy jeść śniadanie w samochodzie, przy okazji jazdy, skupiając się głównie na tym, by bezpiecznie prowadzić. Możemy wreszcie upychać w siebie bułkę, składając meble z Ikei. Efektem takich wyborów będzie to, że jedząc w sposób mechaniczny, i co za tym idzie – szybki, pozbawimy się nie tylko większości przyjemności płynącej z doznań smakowych, ale i to, iż żołądek będzie miał trudniejsze zadanie do wykonania, musząc sobie radzić z większymi, nieprzeżutymi dobrze kęsami. Innym, negatywnym skutkiem będzie najprawdopodobniej zwyżkująca waga ciała, bowiem na to, by sygnał o uczuciu sytości wysłany z żołądka dotarł do mózgu, potrzeba około dwudziestu minut. Zatem gdy jemy nieuważnie i prędko, spożywamy więcej niż wtedy, gdy pozwalamy sobie na konsumpcję posiłku w skupieniu.
Stosowanie podzielności uwagi przy jedzeniu to także pozbawianie siebie sporej dozy zmysłowej przyjemności – jest ono bowiem, obok seksu, głównym jej źródłem. Czy wolelibyśmy, by miłość fizyczna trwała 20 sekund, czy też 20 minut? – myślę, że odpowiedź jest tu oczywista, a jeśli tak, to czemu nie wydłużyć sobie delektowania się dobrym jedzeniem przez skupienie się nad jego spożywaniem, z ładnego talerza, na uprzątniętym stole, małymi, dobrze przeżutymi kęsami, odkładając widelec po każdym kawałku, odrzucając przy tym poczucie winy (jem, więc grubnę), a myśląc o tym, że dostarczamy naszemu organizmowi potrzebnych kalorii, witamin i minerałów (jem, by mieć siłę i zdrowie).
Zachęcam więc do uważności na co dzień. Niech zabieganie i pośpiech, zamartwianie się jutrem i cienie niedobrego wczoraj nie pozbawiają nas szansy na doświadczenie niepowtarzalnej aury teraźniejszości.







