Janusz Wróbel
Zaspałem. Nie zdążę na czas do pracy, a tam będzie czekał na mnie mój klient. Muszę jeszcze zatankować benzynę, a to będzie dodatkowe pięć minut. Muszę zadzwonić do sekretarki, żeby uprzedziła czekającą na mnie osobę. Przez głowę przechodzą mi różne myśli – powiem, że jest korek na autostradzie, albo że miałem niespodziewany problem rodzinny, albo że dziecko miało gorączkę i musiałem je wziąć do lekarza (tylko trzeba o tym pamiętać, by nie zrobić zdziwionej miny, gdy sekretarka zapyta, jak się czuje córka), albo – no właśnie, może nie skłamać? No i decyduję się powiedzieć prawdę. Wprawdzie bez szczegółów, ale też nie zmyślać. Dzwonię. Mówię: „Jestem spóźniony, będę około piętnastu minut później. Proszę przekazać mojemu klientowi.” Ciekawa rzecz – mimo iż zawaliłem, mimo że było to trochę kłopotliwe, przez to, że nie skłamałem, poczułem się lepiej. Co stało się potem? Byłem dwanaście minut spóźniony. Mojego klienta nie było. Nie przyszedł i nawet nie zadzwonił. Ale to nieważne, liczy się to, co ja robię.
Czy da się w ogóle nie oszukiwać? Pewnie tak, ale ja tego nie potrafię, więc, od reguły, by nie kłamać, jednak robię wyjątki. Na przykład dzwoni do mnie przedstawiciel miejscowej gazety i próbuje nakłonić mnie do półrocznej subskrypcji. Jak moi Szanowni Czytelnicy wiedzą z własnego doświadczenia, wykręcenie się z przyjęcia takiej niechcianej przez nas oferty nie jest łatwą rzeczą. Zwykle nie pomagają żadne argumenty; zaczynamy się denerwować, próbujemy być uprzejmi, choć stanowczy; czas mija, a frytki się już spaliły. Choć więc nie lubię kłamać, szczególnie kiedy słuchają tego dzieci, odpowiadam, że nie jestem tym, kim jestem, a tylko pilnuję dzieci lub — by uniknąć ponownego nachalnego telefonu nazajutrz — informuję usiłującą mi coś sprzedać panią, że człowiek, o którego jestem pytany, czyli ja, wyjechał na sześć miesięcy do Brazylii. Wyrzuty sumienia, przyznaję, w tym wypadku nie spędzają mi snu z powiek. Gorzej jest z telefonem od znajomej, w chwili, gdy piszę te słowa, która jest w okolicy i pyta, czy dzisiaj pracuję, bo jeśli nie, to wpadłaby pogadać na godzinkę. Ale ja tej godzinki nie mam, bo choć wprawdzie nie idę dzisiaj do poradni, to muszę skończyć ten tekst i muszę jeszcze zrobić tyle rzeczy, że nie mogę tej godziny (a z praktyki wiem, że zrobią się z niej dwie lub trzy) dzisiaj wygospodarować. Zamiast więc powiedzieć, że wprawdzie dzisiaj nie pracuję w poradni, ale pracuję przy komputerze, a potem mam jeszcze na głowie dwadzieścia innych rzeczy, by nie urazić mojej znajomej, mówię, że jadę dziś do pracy. Ale nie przychodzi mi to łatwo i jest mi, szczerze mówiąc, głupio.
Oczywiście, że nie da się i nie można mówić cały czas prawdy wszystkim dookoła, bo sprowadziłoby się to do rozdawania ciosów na lewo i na prawo, do bezmyślnego ranienia ludzi i do stawiania siebie ponad bliźnimi i ich uczuciami. Nie wszystko, o czym pomyślę, muszę powiedzieć — nie na darmo istnieje coś takiego, co nazywa się taktem. I tak na przykład chlapanie wszystkiego, co mi ślina na język przyniesie, byłoby nie tyle oznaką mojej prawdomówności co raczej brakiem kultury czy wręcz objawem chamstwa.
Wspominałem o mniejszych lub większych wyrzutach sumienia. Co powoduje, że uruchamiają się one w nas? Skąd wiemy, że czasem lepiej jest coś przemilczeć, nie dopowiedzieć, udać, że się nie zauważyło? By odpowiedzieć na to pytanie, posłużę się metaforą urządzenia, popularnego wśród kierowców, czyli tzw. GPS. GPS ma służyć jako zindywidualizowany drogowskaz, drogowy doradca kierowcy – prawie że jego opiekun. Kiedy nie wiemy, w którą stronę się udać, gdy jesteśmy skonfundowani na tyle, że nie jesteśmy pewni, czy jedziemy na północ, czy na południe, sprytny, nawigacyjny komputerek podpowie nam, gdzie skręcić.
W życiu skręcać musimy nieustannie. I nie byłoby to problemem, gdyby przed nami była tylko jedna droga. Niestety, jest ich niezliczona ilość. Oczywiście, poruszamy się w ograniczonym terenie, ale i w nim do wyboru mamy autostrady, rozliczne drogi lokalne, niektóre dłuższe, asfaltowe; niektóre krótsze, ale wyboiste; zdarzają się objazdy, ulice jednokierunkowe i ślepe, boczne i główne, są drogi kręte i niebezpieczne, a nawet takie, które prowadzą do przepaści. Dobry kierowca ma w swej głowie ogólną mapę swojego terenu i swoje własne, wybrane i na ogół przeparte szlaki. Wie, gdzie jeździ, których szos raczej unika i wie o pewnych drogach, na które nigdy nie wjedzie, bo po prostu są one nie dla niego.
Kiedy przychodzi nam wybierać, co i jak zrobić, warto mieć rozeznanie, dokąd zmierzamy i jak tam chcemy dojechać. Warto wiedzieć, jakich zasad drogowych przestrzegamy i czego, jako kierowcy, się trzymamy. Wiedząc to, możemy na rozdrożu włączyć nasz bardzo osobisty GPS tak, by nie zbłądzić.
Pięć P, czyli nieproste przepisy na szczęśliwsze życie
Ten to ma szczęście! – mówimy z zazdrością o tym, który wygrał w totolotka, myśląc zarazem, że sami go nie mamy. Okazuje się tymczasem, że mieć go nie możemy z bardzo prostej przyczyny: nie gramy na loterii. A tak nawiasem mówiąc, to nie gramy dlatego, że wierzymy, że nie mamy szczęścia… Piszę o tym absurdzie nie po to, by zachęcić czytelników do próbowania szczęścia w grach liczbowych, bowiem nawet duże wygrane wcale go nie gwarantują. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na to, że poprzez bycie proaktywnym i podejmowanie prób dokonania zmian na lepsze, stwarzamy szansę na to, by tak się stało.
Na poczucie satysfakcji z życia w dużej mierze wpływa to, jak zachowujemy się w codziennych sytuacjach, a szczególnie w naszych kontaktach z najbliższymi. Jakość komunikacji ze bliskimi jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na odczucie szczęścia lub jego braku. Dobrą wiadomością jest to, że porozumiewanie z najważniejszymi osobami w naszym życiu może ulec dramatycznej poprawie, jeśli włączymy do naszego postępowania kilka prostych zasad. Niezbyt pomyślną prawdą jest to, że choć wskazówki, z którymi się podzielę, wyglądają na łatwe, to ich wcielenie w życie może okazać się skomplikowane, bo wymaga zmiany ustalonych wzorów, powielanych przez lata.
Oto sugestie:
Pochwal
Dlaczego wkoło tak łatwo usłyszeć krytyczne uwagi? Czemu tak często zachowujemy dyskretną małomówność, gdy przychodzi do zmierzenia się z czyimś sukcesem? Co powoduje, że plotka i obmowa znajdują u nas zwykle podatny grunt? Czym spowodowane jest to, że dobrej oceny u dziecka nie skomentujemy, uważając ją za normalność, natomiast będziemy rozdzierać szaty nad złym stopniem? Dlaczego zawiść i zazdrość mają się znacznie lepiej niż wspaniałomyślność i zachwyt?
Winę ponosi tu nieumiejętność przeproszenia, wynikająca z poczucia niedowartościowania, która kładzie się cieniem także i na zdolności do uznania czyjejś zasługi. Zachowujemy się w sumie irracjonalnie, zgodnie z fałszywą przesłanką: jeśli pochwalę jej ładny wygląd, to stanę się brzydsza; jeśli powiem o jego osiągnięciach, to moich sukcesów ubędzie. Zatem, aby szczerze pochwalić, trzeba czasem pokonać w sobie uczucie zazdrości. Pomyślmy także o tym, jak miło jest nam usłyszeć o sobie dobre słowo. To trochę tak z polubieniami na twoim Facebooku. Lubisz je? Wyobraź sobie, że inni też je lubią na swoich witrynach…
Podziękuj
To, co wydaje się na pozór oczywiste, czyli wyrażenie wdzięczności wobec osoby, której coś zawdzięczamy, nie dla wszystkich jest tak ewidentne. Zapewne zdarzyło się wam już przeżyć zdziwienie, gdy po wysiłku włożonym w to, by komuś pomóc, nie usłyszeliście słowa „dziękuję”. Poczuliście się dotknięci i zapewne przeszła wam przez głowę myśl, że ów niewdzięcznik nie ma już szans na kolejne wsparcie. Oczywiście, nie można być naiwnym i dać się wykorzystywać, ale też nie można pozwolić, by czyjś brak kultury zabił nasz altruizm. Ktoś mądrze zauważył: otwieraj zawsze drzwi kobiecie nie dlatego, że ona jest kobietą, ale dlatego, że ty jesteś dżentelmenem.
Ktoś, kto nie potrafi podziękować, nie tylko ma na bakier z dobrym wychowaniem, ale jest pozbawiony umiejętności współodczuwania – jest skupiony tylko na sobie, na tym, by brać, a nie dawać. Wydaje się też być pozbawiony pokory, bowiem uważa, że wszystko mu się należy, a inni są po to, by mu służyć. Wyrażenie wdzięczności może wreszcie u niektórych osób urażać poczucie samo doskonałości — dziękując, muszą one przyznać przed samym sobą, że nie są samowystarczalni.
Poproś
Z wyjątkiem tych, którzy nie mają problemu z używaniem innych z racji swego lenistwa lub praktycznej kalkulacji, większość z nas odczuwa sporą satysfakcję z radzenia sobie samemu i zwraca się o pomoc tylko wtedy, gdy jest to niezbędne. Samowystarczalność, tak jak zresztą i większość z pozytywnych cech, ma i swą drugą stronę medalu, gdy stosowana jest w przesadny sposób. Wówczas, zamiast dostarczyć nam radości, staje się źródłem znaczącej frustracji. A staje się tak wtedy, gdy ambicja przerasta zdrowy rozsądek. Innym powodem niechęci do zwrócenia się o pomoc jest trudność w przyznaniu się do własnej niemocy. Bywa tak na przykład w wypadku choroby, która pozbawia możliwości robienia tego, do czego przywykliśmy w okresie pełnego zdrowia. Pamiętam starszą kobietę, z którą pracowałem wiele lat temu, która powiedziała mi, że nie wyobraża sobie, by mogła prosić o pomoc swoją córkę, gdyby kiedyś poważnie zaniemogła. Pastor Don Piper, w książce 90 Minutes in Heaven w poruszający sposób opisuje, jakim wyzwalającym i szczęśliwym przeżyciem było pokonanie swej dumy i zaakceptowanie pomocy ze strony parafian, gdy ciężki wypadek przykuł go do łóżka. Ten szczodry, pomagający wszystkim kapłan, musiał sam nauczyć się tak potrzebnej nam wszystkim pokory.
Przebacz
Niestety dla nas samych, mamy skłonność do trzymania urazy, pokusy do mszczenia się i łatwość użalania się nad sobą. Nie pamiętamy, że zacietrzewienie i pamiętliwość należą do kategorii broni obosiecznej. Haruki Murakami w książce The Wind-Up Bird, napisał o tym tak:
Nienawiść jest jak długi, ciemny cień. Nawet osoba, którą dotyka, w większości przypadków nie wie, skąd ona pochodzi. Jest jak miecz zakończony z obu stron ostrzem. Gdy ranisz inną osobę, ranisz i siebie. Im większym impetem tniesz kogoś innego, tym mocniej tniesz i siebie. (…) Raz zakorzeniona w twym sercu nienawiść jest jedną z najtrudniejszych do pozbycia się rzeczy na tym świecie. [tłumaczenie JW.]
Co więcej — nasz resentyment obciąża nas samych — musimy go nosić w sercu, nie pamiętając o tym, że od tego obciążenia często wolna jest osoba, którą za nie winimy; może bowiem o nim albo nie wiedzieć, albo nie pamiętać, albo w przeciwieństwie do nas potrafić o nim nie myśleć. Owszem, doznaliśmy krzywdy, ale poprzez jej ustawiczne rozpamiętywanie nie pozwalamy na zagojenie obrażenia nią spowodowanego. Ranimy się więc wtórnie.
Przeproś
Miłość własna jest niezbędna do zachowania pozytywnej samooceny, dzięki której zachowujemy odpowiednią troskę o samych siebie, odczuwamy do siebie szacunek i satysfakcję z własnych dokonań. Może ona jednak być skutecznym hamulcem w rozpoznaniu własnych niedoskonałości, popełnionych błędów lub wyrządzonych innym krzywd. Dzieje się tak wówczas, gdy nie doświadczamy stymulującej samoakceptacji, opartej na pogodzeniu się z tym, że jesteśmy bytami niedoskonałymi. A przecież tak zostaliśmy stworzeni, dzięki temu mamy czym się w życiu zajmować i tym samym nie grozi nam śmiertelna nuda. Jeśli jednak bolejmy nad tym faktem, jeśli odczuwamy z tego powodu obniżone poczucie własnej wartości i związany z tym brak poczucia bezpieczeństwa – będzie nam bardzo trudno przyznać się przed innymi do winy lub popełnienia błędu.
Brak umiejętności przepraszania jest słabością świadczącą o nie zawsze w pełni uświadamianym niedowartościowaniu. Ponieważ brakuje nam poczucia pewności siebie, każde dodatkowe przyznanie się do potknięcia może spowodować jeszcze większy w nim uszczerbek. Dlatego warto sobie ten mechanizm uświadomić i pracować nad zaakceptowaniem faktu, że znakomita większość śmiertelników nie należy do kategorii stworzeń pozbawionych wad. Popełnianie błędów jest rzeczą ludzką, nieprzyznawanie się do nich jest tchórzostwem, a nieuczenie się na nich — głupotą.







