Skip to main content

Był rok 2001 i postanowiłam zabrać mojego przyszłego wówczas męża do rodzinnego Krakowa, żeby mu pokazać „prawdziwe” święta.  Dla mnie też miały to być wyjątkowe święta, bo od przyjazdu do USA w 1986 roku ani razu nie miałam okazji spędzić Świąt Bożego Narodzenia z rodziną.

Zaraz po świętach planowaliśmy pojechać do Wiednia i tam przywitać Nowy Rok.

Przed wyjazdem nakupowałam prezentów, z biblioteki uniwersyteckiej wypożyczyłam stos książek dla kuzynki, która potrzebowała ich do pracy magisterskiej, zapakowałam do walizki mnóstwo ubrań na wszelkie możliwe okazje (nawet kostium kąpielowy, na wypadek, gdyby hotel w Wiedniu miał basen) i wyruszyliśmy.

A ponieważ była wtedy prawdziwa zima, samoloty się spóźniały i zamiast wylądować w Krakowie w wigilię przed południem, dotarliśmy do domu moich rodziców grubo po jedenastej w nocy. W dodatku ja bez bagażu, który zaginął. Moi rodzice i siostra już zjedli kolację, ale oczywiście na nas czekali i raz jeszcze zasiedli z nami do wspólnej wigilijnej – takiej bardziej symbolicznej – wieczerzy. Była to chyba najradośniejsza wigilia w moim życiu. Walizka nie przyleciała, więc cieszyłam się, że przed wylotem, dosłownie w ostatniej chwili, wyjęłam z niej prezenty i książki wypożyczone z biblioteki i zapakowałam je (razem ze zmianą bielizny) do bagażu podręcznego. Zrobiłam tak, bo dwa dni wcześniej przypadkiem usłyszałam, jak to komuś niedawno w drodze do Polski zaginął bagaż…

W święto Bożego Narodzenia pojechaliśmy „do miasta”, jak to się mówi w Krakowie – czyli do centrum Krakowa – na wieczorną mszę w Kościele Mariackim. Nadal pamiętam niezwykłą atmosferę tego miejsca, półmrok, płomyki wotywnych świec, piękne polichromie i kolędy grane na organach.  

Drugi dzień Bożego Narodzenia spędziliśmy rodzinnie i radośnie, odwiedziły nas kuzynka i znajoma z WSU, Eileen, prowadząca wtedy badania socjologiczne w Polsce. Pamiętam uśmiechniętych rodziców, a zwłaszcza mamę, która często powtarzała, że nie lubi świąt, a tym razem wręcz promieniała. Na stole królował karp po żydowsku, moja ulubiona świąteczna potrawa, którą wspaniale przyrządza moja siostra. W następnych dniach obejrzeliśmy między innymi pokonkursową wystawę szopek oraz w pijalni czekolady – która wówczas była nowością – spotkaliśmy się z moją bliską koleżanką Anią, mieszkającą na co dzień w Teksasie.   

A potem pożyczyłam od siostry parę rzeczy do ubrania (i zupełnie wystarczyło) i pojechaliśmy do Wiednia przywitać Nowy Rok. Basenu oczywiście nie było, ale był wspaniały noworoczny koncert, a Sylwestrowy wieczór spędziliśmy w mieście, chodząc od sceny do sceny, słuchając muzyki i pijąc Glühwein.  Nowy Rok przywitaliśmy szampanem w tłumie rozochoconych alkoholem i bardzo sympatycznych nieznajomych; pod nogami chrzęścił śnieg, a kiedy wracaliśmy do hotelu, również szkło, z rozbitych kieliszków i butelek. Zaraz po północy swoją oficjalną premierę miało euro, które wprawdzie od trzech lat było już używane w transakcjach bankowych, ale właśnie 1 stycznia 2002 roku o północy nowe banknoty i monety wchodziły do oficjalnego obiegu.  Skorzystaliśmy z okazji i wymieniliśmy na euro jakieś 20 dolarów (bo tyle było można); nadal mam w szufladzie pamiątkowy ciemnoniebieski woreczek ze złotym napisem, w którym były nasze euro. Następnego dnia po rozbitym szkle nie zostało ani śladu, bo uprzątnięto je, zanim wiedeńczycy obudzili się w Nowy Rok.

Jak pamiętam, do Krakowa również wracaliśmy z przygodami, bo ze względu na śnieg i mróz, pociąg miał duże opóźnienie. Wysiedliśmy – prawie w biegu – na stacji niedaleko domu rodzinnego, kiedy pociąg nieplanowo zatrzymał się tam na krótką chwilę.

Moja zaginiona walizka nigdy się nie odnalazła.

Okazało się, że te wszystkie rzeczy, pieczołowicie wybrane i upchane w walizce, były mi tak naprawdę zupełnie niepotrzebne. A święta były wspaniałe; nadal mam w pamięci radość ze spotkań, zwłaszcza z moimi rodzicami i siostrą, ale też z przyjaciółmi, oraz wyjątkową, świąteczną atmosferę mojego rodzinnego miasta.  

Leave a Reply